środa, 10 lutego 2016

1 - Rola samotnika



Pociąg Londyn – Hogwart Express zbliżał się pomału do celu. Draco wciąż nie oderwał wzroku od widoków za oknem, nie mogąc uwierzyć, że niecałe dwa lata temu postanowił nigdy nie wracać do tej szkoły. Wejście w szeregi Śmierciożerców zmieniło wiele w jego życiu, a próba wyjścia z nich, jeszcze więcej. Miał jedynie nadzieję, że resztki nieuchwytnych popleczników Voldemorta nie będą starać się go odszukać. Obawy wzbudzała w nim informacja o pozytywnym przebiegu jego rozprawy, która zdążyła już obiec całą Anglię. Podejście ludzi w stosunku do niego wciąż się nie zmieniło, a dodatkowo teraz i zwolennicy Czarnego Pana łypali na niego podejrzliwie.
Tak właściwie, nie miał w nikim teraz przyjaciół, uczniowie Hogwartu już w pociągu unikali go jak ognia. Jedynym plusem takiego zachowania społecznego był całkowity brak innych osób w przedziale. Pociąg jednak już wjeżdżał na stację Hogsmeade, więc to jego odludzie miało się niedługo zmienić.
Po raz pierwszy Draco przyznał przed samym sobą, że się obawia. Obawia się reakcji domowników Slytherinu.
Uderzyła w niego ta rutyna. Wyjście z pociągu, odstawienie bagażu, przejażdżka wozem, które ciągną testrale. Przez całą drogę nie odrywał spojrzenia od tych dziwnych istot. Szczerze mówiąc, zobaczenie ich pierwszy raz na żywo było jak ocknięcie się z dotychczasowego świata, który zdołał wchłonąć go całkowicie.
Czy nadal chciał kształcić się na lekarza? Przecież ten cel ustanowił sobie w kompletnie innym życiu, w innym świecie. Chciał odciąć się od przeszłości, pamiętać ją, ale nie żyć jak kiedyś i nie żyć wspomnieniami. Czy to aby na pewno wykonalne?
Wielka Uczta. Tak jak się obawiał, domownicy Slytherinu w większości łypali na niego groźnie, chociaż uczniowie innych domów wcale nie wypadali przy nich lepiej. Ogólna nienawiść zdawała się go przytłaczać, jednak nie dał tego po sobie poznać.
- Cześć Blaise – mruknął Draco, siadając na przeciwko czarnoskórego kolegi. Nie był nawet pewien, czy ten jakkolwiek mu odpowie, czy już kompletnie zatonął w ciemnym świecie, ale starał się zachowywać normalnie.
- Malfoy – skinął jedynie głową, nawet nie patrząc w jego stronę. Okej, jest stracony. Prócz nich, do szkoły wróciła jedynie Hermiona Granger, która ostentacyjnie nie zwracała na niego nawet najmniejszej uwagi. Sytuacja została postawiona w jasnym, wyraźnym świetle. Po prostu został skazany na los samotnika, kującego do owutemów.

Tak jak podejrzewał, przez całą drogę do dormitorium, większość par oczu z Pokoju Wspólnego odprowadzała go wścibskimi spojrzeniami. Jeden z odważniejszych rzucił komentarz, jakoby zmieniał strony jak skarpetki, zależnie od pozycji wygranych.
- Nie masz ciekawszego życia, niż zajmowanie się moimi sprawami? – warknął groźnie, kierując wzrok na śmiałka, który nagle skulił się, patrząc na czubek różdżki, wycelowanej prosto w jego czoło. – Nie życzę sobie takich komentarzy, wojna się skończyła.
Odszedł spokojnie, chociaż serce biło mu dwa razy szybciej niż powinno. Przyklepał dłonią odstające włosy i rzucił się na łóżko w dormitorium. W nogach stał już jego kufer, a dwójka młodszych o rok siódmoklasistów zamilkła nagle, patrząc na niego z uwagą.
No cóż, będzie musiał przywyknąć.

Pierwsze śniadanie w tym roku szkolnym przyprawiło go o znaczny wzrost ciśnienia. Grzecznie zajął swoje miejsce, nałożył porządną porcję owsianki, która z reguły zostawała nietknięta i ze znużeniem zaczął jeść, raz po raz rozglądając się po sali. Nie zdziwiło go rozdanie planu, poczuł się trochę zawiedziony, że wszystkie jego przedmioty kierunkują jego owutemy na magomedycynę i nic więcej. Nie miał już na to wpływu, miał zamiar porozmawiać z McGonnagall o jego dalszej nauce.
Przeszukując wzrokiem stół nauczycielski za dyrektorką, natknął się jednak na kogoś innego.
Dobrze kojarzył twarz, widocznie musiała mu niegdyś długo towarzyszyć, chociaż był pewien, że nigdy nie spotkał jej w Hogwarcie. Krótkie, czarne włosy przyprószone siwizną, pociągła twarz i rozbiegane spojrzenie jasno żółtych oczu...
Omal nie udławił się owsianką, zdając sobie sprawę, kim jest ten nowy nauczyciel. Upił większy łyk soku dyniowego i zacisnął dłoń w pięść, wbijając w niego uparte spojrzenie. Nie musiał długo czekać, by i ten skierował na niego swój wzrok. Uśmiechnął się kpiąco, widząc jego złość i uniósł kielich w górę, upijając łyk na zdrowie.
Wkurzony Draco nie mógł uwierzyć, że Narcyza nie pisnęła mu ani słowa, a był całkowicie pewny, że wiedziała. Skończył więc prędko śniadanie i wyszedł z Wielkiej Sali, ciskając naokoło piorunującym spojrzeniem. Miał zamiar wysłać matce pełen gniewu list, a potem udać się do... chociaż nie, nawet nie miał pojęcia, czego miałby on uczyć. Wczoraj jakoś kompletnie pominął przedstawianie nowych nauczycieli.
Wracając do nauki... co on do cholery robił w tej szkole? Magomedycyna kompletnie mu nie odpowiadała, a z takimi przedmiotami wiodącymi nie miał za wielu możliwości. Jednakże, na jakie kierunki mógłby pójść? Chyba nie było niczego, co jakoś szczególnie go fascynowało. Po co było mu wracać do Hogwartu.
Pełen rozterek udał się w jedyne miejsce, które mogłoby mu udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi. Tak dawno nie plątał się po szkolnym księgozbiorze, że dotarcie do biblioteki zajęło mu dłuższą chwilę. A może to nie on zapomniał drogi, tylko podczas odbudowy zamku to ona się zmieniła?
W każdym razie po dotarciu zaczął przechadzać się między regałami, patrząc z uwagą na tematyczne tabliczki.
Eliksiry.
Transmutacja.
Świat roślin.
Magiczne gry.
Zaklęcia.
Nic nie potrafiło go zaintrygować. Eliksiry? Zdał je jedynie dzięki faworyzacji Snape’a. Nie czuł do nich żadnej smykałki, zaczęły mu wychodzić coraz gorzej, zwłaszcza przy nauczaniu Slughorna, który w tym roku najpewniej dla owutemowców zapewni niezły wycisk.
Magiczne zwierzęta. Granger.
Cofnął się krok w tył i zerknął na siedzącą między książkami Hermionę, zaczytującą się w grubej lekturze z okładką ze smoczej skóry. Wcisnął dłonie w kieszenie i już miał odejść, ale podniosła wzrok i popatrzyła na niego ze zdziwieniem. Nachmurzył się jeszcze bardziej, ale nie był już taki pewny czy odejść, czy po prostu porozmawiać, mieć do kogo się odezwać i czuć, że chociaż od jednej osoby nie emanuje nienawiść skierowana na niego.
- Czegoś szukasz? – spytała ze znużeniem, niezadowolona, że wyrwał ją z lektury.
- Książki – burknął, wzruszając ramionami.
- Trochę ich tu jest.
- Nawet nie wiem jakiej – odpowiedział i skrzywił się lekko, kolejny raz czując się kompletnie nieswobodnie w czyimś towarzystwie.
- Związaną z magomedycyną? Akurat się na nią wybieram i...
- Ale ja nie. Znaczy się, nie chcę, ale muszę – stwierdził i chwycił pierwszą książkę z brzegu, nawet nie patrząc na jej tytuł. – Tej szukałem.
- Smokologia? Wciąż możesz zmienić przedmioty zdawane na owutemach, wystarczy, że poprosisz McGonnagall – odparła i na nowo zagłębiła się w lekturze, a Draco odszedł parę regałów dalej, wciąż dzierżąc w dłoni przypadkową książkę.
Zajął miejsce przy oknie i wbił spojrzenie w odległy stadion Quidditcha, który niegdyś był całym jego życiem. Oczywiście, dopóki się nie zorientował, że tak naprawdę gra beznadziejnie, a Potter miał rację i do drużyny wkupił się jedynie poprzez zafundowanie nowych mioteł.
W końcu poświęcił nieco uwagi książce, którą wcześniej przechwycił i zawiedziony, faktycznie zauważył, że dotyczy smoków. Opieka nad magicznymi zwierzętami? Niee, ten kierunek kompletnie odpada, najpewniej musiałby się na nowo bratać z potworami typu hipogryfa, co już wystarczająco odstręczało go od kierowania się w te zawody. Zresztą, nauczanie Hagrida zupełnie go od tego odwiodło, zresztą jak znaczną większość wszystkich Hogwartczyków.
Mimo wszystko otworzył książkę na pierwszej stronie i kątem oka patrolując czas na zegarku, od niechcenia zagłębił się w lekturę. Pamiętał, jak zanim poszedł do szkoły, jego ojciec miał problemy ze smoczymi łowcami. Pokłócił się z którymś za przemyt smoczego jaja, które chciał odsprzedać do apteki i prawie odpowiadali przed urzędnikami za swoją aferę, ale sprawa po pewnym czasie uległa zapomnieniu. Jednak smoki od zawsze były uznawane przez jego ojca za symbol potęgi, władzy i siły, a jako członek starego, czarodziejskiego rodu chełpił się smoczymi jeźdźcami i łowcami, którzy zawadzili gdzieś na linii pokrewieństwa.
Draco jednak nie był nigdy przekonany do bestii z ogromnymi skrzydłami, ciałem pokrytym łuskami i ziejącymi ogniem, mimo że jego imię było w pewien sposób z nimi powiązane.
Jednak jego obojętność względem smoków to jedno, a zaczytanie się w lekturze to drugie. Na tyle pochłonęła go Smokologia, że spóźnił się na pierwszą w tym semestrze lekcję Zaklęć.


~***~

Ogarnęłam się ze wszystkim, również i z tą historią.
 Jestem też tutaj! :)
Czekam na wszelkie zastrzeżenia.
Komentarze bardzo mile widziane!